Magdalena Kobylańska 'Dark'

Minerały i historia sztuki złotniczej, obok tworzenia biżuterii, obrazów i tekstów, to moje wielkie pasje. O dwóch pierwszych możecie dowiedzieć się, czytając moje wpisy na Blogu Bukowiec.~ Dowiedz się więcej...

JAK KUPIĆ KAMIEŃ I NIE OSZALEĆ czyli rzecz o Allegro

W biżu-karierze prawie każdej z nas przychodzi taki moment, kiedy trzeba przyswoić sobie podstawy ekonomii. No bo przecież ile par kolczyków można upchnąć we własnej kasetce na biżuterię? Jak długo można obdarowywać niezliczonymi wytworami rąk własnych mamę, siostrę, ciocię, armię koleżanek i sąsiadkę z drugiego piętra? No, do pewnego czasu. Zakładam, że większość z Was wie o co mi chodzi. Nadchodzi dzień, kiedy pudełko się nie domyka, kot patrzy z wyrzutem, dlaczego dostał kocie żarcie marki kocie-żarcie z o.o. [z naciskiem na pierwsze „o”] zamiast Whiskasa, a my nie pamiętamy kiedy ostatnio kupiłyśmy sobie nową bluzkę. Coś z tym trzeba zrobić. Pojawia się, w przebłysku natchnienia, długo dojrzewająca myśl – sprzedać! Z czym to się je, jak wycenia i jak się do tematu zabrać, najlepiej wyjaśni Wam w swoich artykułach Ola Kudeń. Ja póki co chciałabym zwrócić Waszą uwagę tylko na jeden aspekt tego, że w tworzeniu biżuterii w pewnym momencie zaczynamy nieco przesuwać środek ciężkości – od niczym nieograniczonego szału twórczego w jako-tako dochodowe [lub chociaż pokrywające koszty własne] przedsięwzięcie. Jednak warto uświadomić sobie, że spod naszych rąk wychodzą dobra luksusowe – biżuteria jest ludziom idealnie zbędna w życiu. Jeśli jest ona dobrze zrobiona, z wysokiej jakości materiałów, to staje się swego rodzaju lokatą. Może kiedyś któraś z naszych klientek odda swój ulubiony naszyjnik córce? Już nie wspomnę o tych błyskotkach, które z panną młodą idą do ślubu. Jeśli już na etapie wybierania półproduktów będziemy zwracały uwagę na ich jakość, wtedy nasze wytwory zyskają, oprócz pieniężnej, dodatkową wartość – będą trwałe i będą towarzyszyć ludziom na długo. Jak w każdej dziedzinie, mamy wybór między dobrym a tanim. Kupując kamienie, zdecydowanie lepiej kupować te pierwsze, bo one pięknie się nam odwdzięczą.

CHRYZOKOLA czyli słów kilka o nieporozumieniu

Chyba każda biżuteryjka natknęła się gdzieś na kamień, który został opisany jako chryzokola. Co nie byłoby dziwne, z uwagi na fakt, że pierwsze pisemne wzmianki o niej pochodzą z początków naszej ery, czyli już wtedy była szeroko wykorzystywana w okolicach basenu Morza Śródziemnego. Tylko że to, co większość z Was oglądało jako chryzokolę, zapewne nią nie było. Ot, kolejny smaczek naszego biżu-światka, takie rzeczy tylko w Erze, po prostu.

Chryzokola należy do tej samej grupy kamieni, co malachit czy turkus – delikatne, kruche, ładnie wybarwione, ale nietrwałe kamyczki o pięknym wyglądzie i z pasją podrabiane. Kruchość chryzokoli bierze się z tego, że jest ona uwodnionym krzemianem miedzi, więc występuje w skupiskach osadzonych w skale macierzystej, a nie w litych kryształach. To właśnie miedź nadaje jej przepiękną gamę barw od zieleni do niebieskości. Jak na razie wszystko brzmi jasno i bezproblemowo, prawda? No, to przejdźmy do momentu, gdzie się to komplikuje…

Magdalena Kobylańska - Dark - Blog Bukowiec - chryzokola

[fot. Magdalena Kobylańska 'Dark', Wioletta Zubka - Sklep Bukowiec]

NEFRYT odarty z mitów

Teraz będzie coś o krewnych i znajomych królika. Każdy coś słyszał, każdy na pewno widział w sklepie osobnika, który się pod takiego podszywa, ale w sumie mało kto wie co i jak.

Spieszę więc donieść, że jednorożec rynku półfabrykatów handmade nie jest ani wyjątkowo urodziwy, ani wyjątkowo drogi, ani tak na dobrą sprawę to i tego rogu nie ma. Ot, koń jaki jest każdy widzi. Albo przynajmniej po przeczytaniu tego zobaczy. :)

Jako że omówiłam proweniencję i cechy jadeitu, wypadałoby wspomnieć o jego skromniejszym kuzynie – nefrycie. Każda z nas coś tam słyszała albo czytała o nieziemskiej urody nefrytowych grzebyczkach gejsz, o chińskich smokach rzeźbionych w nefrycie i innych cudach z Dalekiego Wschodu z tegoż minerału wydzierganych. Wiecie, to trochę jak z gotykiem. Dlaczego w Gdańsku stoi największy ceglany kościół gotycki? Ano dlatego, że budowali z tego, co mieli. A że jak Gdańsk Gdańskiem [żeby nie było, mieszkałam tu długo i darzę to miasto wielką sympatią, ale wiem, że zawsze miało mały problem z rozrostem ego ;P] wszystko musiało być wieeelkie i w ogóle wy…wypasione. :) Bo umieli go postawić. Bo napatrzyli się na to, co powstawało we Francji i też zapragnęli katedry do nieba. Było tylko jedno „ale”. Otóż we Francji mają kamień. My nie mamy. Więc, tak samo jak w niekamiennych Niemczech i Holandii, użyliśmy cegły. No i tak właśnie jest z nefrytem.

Blog Bukowiec - nefryt

Misa (50,8cm), dynastia Qing, 1774 

[Źródło zdjęć: http://arts.cultural-china.com]

JADEIT czyli cesarzowi co cesarskie, jadeitowi co jadeitowe

Jadeity towarzyszyły ludziom od wieków, choć nigdy na tak szeroka skalę, jak dziś, nie wykorzystywano ich jako kamieni ozdobnych. W epoce kamienia i brązu jadeitowe ostrza długo służyły swoim właścicielom, dzięki swojej dużej wytrzymałości. Struktura kamienia powstaje pod wpływem wysokiego ciśnienia, które niezwykle trwale łączy ze sobą sprasowane kryształy, dając im dużą gęstość. Później wytwarzano z niego drobne narzędzia i przedmioty, których ozdobność nie wynikała z obecności tego kamienia, ale z całokształtu wykonania. Puzderka, figurki, grzebienie – tam jadeity błyszczały, ale nigdy nie występowały jako gwiazdy wieczoru. Jednym słowem: jadeit to kamień pracujący.

Ale często praca zostaje wreszcie wynagrodzona i tak dzisiaj jadeit zyskał ogromną popularność jako kamień ozdobny. Co prawda nie dokonało się to w tradycyjnym środowisku jubilerskim, ale handmade’owy rynek półfabrykatów był sceną już niejednego takiego przeistoczenia. Nie od dziś wiadomo, że biżuteryjki, mają prawie wszystkie coś ze sroki. No bo przecież to sama przyjemność patrzeć na śliczne kamyczki i kupować, mieć, komponować je ze sobą i mieć więcej i więcej i… znamy to skądś? :) Tworzymy popyt na ładne elementy do tworzenia biżu, a najlepiej, żeby były śliczne, dobrej jakości i niedrogie. No więc co może być lepszego od powszechnie występującego kamienia, który naturalnie jest ładnie wybarwiony, a do tego świetnie daje się farbować i jeszcze służył do jako ostrze siekierki sprzed kilku tysięcy lat, czym dał popis swojej dobrej jakości? I tak oto jadeity zawojowały nasz światek.

MANMADE STONES czyli czego to Chińczyk nie wymyśli

Wyobraźcie sobie: kilka tysięcy lat temu w skale macierzystej wytworzył się śliczny malachit. Zieloniutki jak trawa, której nigdy nie widział, o pięknym rysunku warstw, że aż chalcedony mu zazdrościły, no jednym słowem – cudo. Aż tu któregoś dnia okrutny lodowiec przejechał się po skale macierzystej na powierzchni raz i drugi, powstało tarcie i ciśnienie i kiedy kurz po całej tej imprezie opadł, okazało się, że naszego cudniastego malachitu już nie ma. Bo piękny, i owszem, był, ale w skali Mohsa punktował tylko na 3,5-4. Czyli nie bardzo.

Sto lat temu pozostałby nam tylko uronić łezkę nad biednym malachitem i pogodzić się z jego smutnym losem. Ale teraz… teraz Chińczycy przejęli pałeczkę. Bez szacunku dla szczątków wykopują nawet takie malachitowe resztki, ścierają je na kompletną papkę, zgrzewają, dodają żywicy, plastiku i bogowie raczą wiedzieć czego jeszcze [stąd określenia w sklepach „boski malachit” – bo tylko w najwyższej instancji wiedzą, co jest w środku. Trochę jak z parówkami.] Wychodzi gniotek ulepiony z quasi-plasteliny, który większość sprzedawców detalicznych sprzedaje jako naturalny kamień. Czy to z niewiedzy [z której nigdy nie powinno się ich rozgrzeszać], czy z powszechnego podejścia to-się-opchnie-a-co-tam, nie wiem, nie podejmuję się rozstrzygać. Biżuteryjki potem kupują coś takiego i ślą klientkom w świat jako malachit. A ja czasem słyszę „Z malachitu? Przecież to takie byle co, rozpada się i brzydkie się robi. Z malachitu nie chcę”. Czytam takiego maila od klientki z oczami jak spodki i zastanawiam się, co też ona wymyśla?

KAMIENIE SZLACHETNE, PÓŁSZLACHETNE I OZDOBNE czyli dyskretny urok burżuazji

Nasze czasy są bardzo homogeniczne. To, co kiedyś było sztywnie ograniczone normami, klasami i kastami, dziś miesza się w wielkim tyglu i czasem nie sposób odróżnić poszczególnych elementów. Tak jak klasy społeczeństwa, klasy rozrywki, nauki, tak samo kamienie zgubiły gdzieś wyraźny podział między „ludem” a „arystokracją”. Kamienie szlachetne, półszlachetne, brylanty i kawałki oszlifowanych kamieni z ogródka, sprzedawane są obok siebie. Nie ma w tym niby nic złego, wszak już jakiś czas temu Europa zbiorowo zakrzyknęła, że panowie szlachta krwawią tak samo jak wszyscy. Dla mnie jednak kamienie szlachetne są nadal klasą samą w sobie.

Statystyczna biżuteryjka ma dość mętne pojęcie o tym, gdzie biegnie granica między kamieniem szlachetnym, półszlachetnym a ozdobnym. Więc na początek proponuję w telegraficznym skrócie o tym, kto jest kim i dlaczego.