Moja siostra, mój dobry duch i inspiracja wielu moich działań, rzuciła jakiś czas temu niezobowiązującą propozycję: „A może byśmy tak, przy okazji wyjazdu na targi do Warszawy, umówiły się z Fiann na kurs Art Clay?”.

Jakoś specjalnie długo nie musiałam się zastanawiać. :) Możliwość pobierania nauk u autorki biżuterii, która zapiera dech w piersi i odbiera rozum niejednej kobiecie, była baaaardzo kusząca. Decyzja podjęta, jedziemy.

W drogę do stolicy wyruszyłyśmy przed północą w środę, żeby w czwartek rano być już u Ani Fideckiej w Jej pracowni. Dotarłyśmy, pełne zapału, ale właściwie kompletnie nieprzygotowane na to, co nas czeka.

A czekała tam na nas piękna, rozświetlona słońcem pracownia, pyszna gorąca kawa, świeżutkie pączusie i … Ania. Ciepła, niezwykle życzliwa i przesympatyczna, witająca nas jak najmilszych gości. Już było pięknie!

Potem zaczęły się czary. Ania otworzyła przed nami drzwi do nieba, do nieskończonych możliwości, jakie daje praca ze srebrną glinką, pastą, strzykawką. Cierpliwie i w sposób zrozumiały odpowiadała na nasze, czasem niezbyt mądre, pytania. Pokazywała, tłumaczyła, dlaczego tak, a nie inaczej. Pomogła stworzyć nasze pierwsze „dzieła”.

Blog Bukowiec - Wiolka i Emilka na kursie Art Clay

[fot. Anna Fidecka 'Fiann', Emilia Jezior 'EmilaM']

Nie są szczególnie piękne, ale radość, jaką dało nam ich zrobienie, jest w nich zawarta i z całą pewnością każde spojrzenie na moją koślawą koniczynkę czy śliczny wisiorek z bursztynkiem Wiolki będzie wywoływać uśmiech na naszych buziach i lawinę cudnych wspomnień z tych zajęć.

Blog Bukowiec - Emilka i Art Clay

[fot. Emilia Jezior 'EmilaM']

Dzień minął nam tak szybko… za szybko. Wieczorem, kiedy wychodziłyśmy od Ani, rozpierała nas taka energia i zapał, że pomimo nieprzespanej nocy wcale nie czułyśmy zmęczenia.

Pierwszą ofiarą mojego entuzjazmu i rozpierającego nadmiaru wrażeń padł mąż mojej przyjaciółki, która gościła nas przez kilka dni pobytu w stolicy.

„Patrz, patrz, ten listek to z takiej pasty!” – rozemocjonowana podtykałam mu pod nos pojemniczek z szarawą, mało atrakcyjną masą, jednocześnie próbując wydłubać mu oko rzeczonym listkiem. Dzielny był, nie uciekł, zaglądał do pojemniczka i nawet wydawał aprobujące dźwięki typu – „yyyy…., eeee…, no tak, oooo….aha”. ;)

Usiłowałam mu możliwie szybko opowiedzieć, pokazać i wytłumaczyć to, czego sama się dowiedziałam i nauczyłam. Uratowała go Wiolka, osoba zrównoważona i spokojna. Gdyby nie interwencja mojej siostry, pewnie zagoniłabym biednego chłopa do lepienia ozdób wszelakich. :)

To był niezapomniany dzień, pełen nauki i pracy, ale też śmiechu i gadulenia o różnych przyjemnych rzeczach.

Następnego dnia, wypełnione po brzegi sympatią do całego świata, wyruszyłyśmy na targi „Złoto Srebro Czas 2011”. Zapierający dech w piersi widok sznurów pięknych pereł, minerałów, cudne kaboszony, stoiska z półfabrykatami srebrnymi, narzędziami. Radość dla oczu i czysta zgroza dla mojego portfela. Przed kompletnym bankructwem uratowały nas rozmowy z mnóstwem wspaniałych Osób i możliwość oglądania niezwykłych prac Artystów wystawiających swoje dzieła na targach. Te same prace, z mgiełką rozmarzenia w oku, możemy oglądać w galeriach internetowych. Wierzcie mi, na żywo są milion razy piękniejsze.

W tym miejscu chciałabym serdecznie pogratulować Agnieszce Hopkowicz, której bransoleta „O czym szumią wierzby” zdobyła nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Biżuterii Artystycznej Prezentacje 2011.

Radość jest tym większa, że miałyśmy ogromną przyjemność poznać Agnieszkę, przesympatyczną Osobę, która, śmiejąc się z mojego wstępu – „Czy może nas Pani uszczęśliwić i pozwolić pomacać to cudo?” spełniła nasze marzenie – pozwoliła obejrzeć i organoleptycznie nacieszyć się swoją wspaniałą biżuterią. Okrasiła to niezwykle sympatyczną rozmową.

Ledwo żywe ze zmęczenia, ale naładowane wrażeniami jak dwie bateryjki, dotarłyśmy do domu mojej przyjaciółki. Ja – żeby oddać się błogiemu lenistwu w gronie przyjaciół, których nie mogłam przecież niecnie wykorzystać tylko do roli dawców miejsca do spania, a Wiolka – żeby odpocząć przed kolejnym dniem w pracowni Fiann. I tu przyznaję się uczciwie, zazdrość straszliwa skręca mnie w rogalik, że mnie tam nie było.

Zanim oddam wirtualne pióro Wioli, żeby mogła podzielić się z Wami swoimi wrażeniami z tego dnia, chciałabym polecić wszystkim i każdemu z osobna zajęcia u Ani Fideckiej „Fiann” – pełen profesjonalizm, ogromna wiedza, którą chętnie dzieli się urocza nauczycielka, intensywna praca, a wszystko to podane w otoczce ciepła, serdeczności i doskonałej zabawy.

Aniu z całego serca dziękuję za pokazanie świata cudów, za terapię ciepłem i spokojem… za cały cudowny dzień. Wiem już na pewno, że chcę więcej i już planuję kolejny wyjazd na naukę do Ciebie. Może tym razem Wiolkę zwinie z zazdrości w rogalik i też zechce przyjechać, będziesz miała znowu dwie zachwycone kursantki. :)

* * *

Przejmuję zatem wirtualne pióro i dopisuję do kwiecistego wpisu mojej Siostry trochę własnych wrażeń. Z góry uprzedzam, stateczna ;) młodsza siostra nie ma daru barwnego opisywania rzeczywistości.

W pełni podpisuję się pod zachwytami Emilki nad profesjonalizmem i atmosferą kursu u Ani. Dodam, że z pewnymi obawami podchodziłam zarówno do samej glinki Art Clay, jak i do moich umiejętności wydobycia z niej czegoś więcej niż ulepianki a’la przedszkolak. Mam pewne wyczucie estetyczne, które na różnych polach wykorzystuję, ale nigdy nie byłam specjalnie uzdolniona manualnie. Szycie, malowanie, rysowanie to dla mnie obszary zamknięte – „koślawce” to bardzo delikatne określenie tego, co wychodzi spod moich rąk, gdy użyję kredki, pędzla czy nitki. Dlatego szkolenie u Ani miało być po prostu poznaniem materiału, który od jakiegoś czasu sprzedawany jest w Sklepie Bukowiec. Źle bym się czuła, gdybym sprzedawała coś, o czym nie mam zielonego pojęcia. Więc bez specjalnego zadęcia, bez wizji zostania mistrzem Art Clay, potraktowałam szkolenie jak przyjemny sposób spędzenia czasu, oderwania się od tego, co robię na co dzień. Takie małe come back do radości tworzenia, bez stresu „uda się – nie uda”.

Szkolenie zaczęłyśmy od stworzenia srebrnego listka. Magia. Liść, który kilka godzin wcześniej rósł sobie na krzaku jak miliony innych, po naszych delikatnych zabiegach nakładania kolejnych warstw glinki srebra, wysuszeniu i wypaleniu, oddał nam swoją urodę i utrwalił się na wiele lat w srebrze. Po zaoksydowaniu nabrał niesamowitych kolorów. To był prawdziwy, żywy liść, a teraz dostał nowe, srebrne życie. Potem odkrywałam nieskończone możliwości fakturowania srebrnej glinki, nadawania jej dowolnych kształtów, jakie tylko pojawią się w wyobraźni. Dałam się też ponieść fantazji podczas tworzenia formy ażurowej. Tu było dużo śmiechu, bo kolejne porażki starałam się zamieniać w nadawanie nowego wymiaru tej pracy. W ten sposób ażurek najpierw był nerką, potem ufo, by na końcu przybrać wygląd jakiegoś wiekowego wykopaliska, mocno zmęczonego zaleganiem pod ziemią. ;)

Blog Bukowiec - Wiolka - Art Clay listek i wykopalisko :)

Blog Bukowiec - Wiolka - Art Clay wisiorek

[fot. Anna Fidecka 'Fiann', Wioletta Zubka]

Drugiego dnia szkolenia Ania odkryła przede mną tajniki osadzania bursztynu w Art Clay. No tak, co innego mogłam chcieć oprawić w srebro? Problem w tym, że niewiele minerałów nadaje się do wypalania w piecu, a co dopiero bursztyn. Przy takiej temperaturze stałby się po prostu płynny. Zatem trzeba było osadzić go w srebrnej cardze. Nie lada wyzwanie dla kogoś, kto nie miał dotąd żadnej styczności z obróbką jubilerską. Jak sobie poradziłam? Szczerze Wam powiem, że jestem strasznie dumna z mojego „dzieła”. :) Nic nie odstaje, nic nie odpadło, nie ukruszyło się. Może nie jest to szczyt artyzmu, ale wykonany jest naprawdę bardzo dokładnie i solidnie.

A to jest niezaprzeczalnie zasługą Ani – pod jej okiem, po szkoleniu na tak wysokim poziomie, jak to prowadzi Fiann, nawet ktoś taki jak ja poradzi sobie z materią glinki srebra i stworzy biżuterię mniej lub bardziej piękną, ale na pewno poprawną. Bo Ania jest perfekcjonistką, wszystko musi być idealnie wykonane. Tak Fiann tworzy swoją biżuterię i tego też uczy swoich kursantów.

Blog Bukowiec - Wiolka - wisior z bursztynkiem przed...

Mój wisior z bursztynkiem przed…

Blog Bukowiec - Wiolka - Art Clay wisiorek z bursztynem

…..i po wypaleniu i wykończeniu. :)

[fot. Wioletta Zubka]

Moja Siostra zapałała miłością szczerą i głęboką do glinki srebra. Ku radości wielbicielek Jej biżuterii (do których ja też się zaliczam :), już niebawem umiejętności zdobyte na kursie wzbogacą misterne prace by EmilaM. :). Ja, póki co, nie mogę sobie pozwolić na oddanie się pasji tworzenia. Chyba, że zrezygnuję z prowadzenia sklepu. Kuszące, tylko czy Wy się z tego ucieszycie? ;)

Obie natomiast gorąco namawiamy Was do spróbowania sił z Art Clay. Informacje o kursach prowadzonych przez Fiann znajdziecie na Jej stronie http://www.fiann.pl i na naszym blogu. Wprowadzając glinki metali do swojej pracowni, otwieracie przed sobą drzwi do krainy tworzenia wszystkiego, co tylko Wasza wyobraźnia Wam podpowie.

—————————–

Emilia Jezior ‘EmilaM’ & Wioletta Zubka