W biżu-karierze prawie każdej z nas przychodzi taki moment, kiedy trzeba przyswoić sobie podstawy ekonomii. No bo przecież ile par kolczyków można upchnąć we własnej kasetce na biżuterię? Jak długo można obdarowywać niezliczonymi wytworami rąk własnych mamę, siostrę, ciocię, armię koleżanek i sąsiadkę z drugiego piętra? No, do pewnego czasu. Zakładam, że większość z Was wie o co mi chodzi. Nadchodzi dzień, kiedy pudełko się nie domyka, kot patrzy z wyrzutem, dlaczego dostał kocie żarcie marki kocie-żarcie z o.o. [z naciskiem na pierwsze „o”] zamiast Whiskasa, a my nie pamiętamy kiedy ostatnio kupiłyśmy sobie nową bluzkę. Coś z tym trzeba zrobić. Pojawia się, w przebłysku natchnienia, długo dojrzewająca myśl – sprzedać! Z czym to się je, jak wycenia i jak się do tematu zabrać, najlepiej wyjaśni Wam w swoich artykułach Ola Kudeń. Ja póki co chciałabym zwrócić Waszą uwagę tylko na jeden aspekt tego, że w tworzeniu biżuterii w pewnym momencie zaczynamy nieco przesuwać środek ciężkości – od niczym nieograniczonego szału twórczego w jako-tako dochodowe [lub chociaż pokrywające koszty własne] przedsięwzięcie. Jednak warto uświadomić sobie, że spod naszych rąk wychodzą dobra luksusowe – biżuteria jest ludziom idealnie zbędna w życiu. Jeśli jest ona dobrze zrobiona, z wysokiej jakości materiałów, to staje się swego rodzaju lokatą. Może kiedyś któraś z naszych klientek odda swój ulubiony naszyjnik córce? Już nie wspomnę o tych błyskotkach, które z panną młodą idą do ślubu. Jeśli już na etapie wybierania półproduktów będziemy zwracały uwagę na ich jakość, wtedy nasze wytwory zyskają, oprócz pieniężnej, dodatkową wartość – będą trwałe i będą towarzyszyć ludziom na długo. Jak w każdej dziedzinie, mamy wybór między dobrym a tanim. Kupując kamienie, zdecydowanie lepiej kupować te pierwsze, bo one pięknie się nam odwdzięczą.

Ponieważ srebro jest srebrem, jest drogie. To banalne zdanie zawiera wielki ładunek brutalności dla naszego „fachu”. Oszczędzać na srebrze jest trudno. Co innego kamienie, prawda? Jednak czasem to, co wydaje nam się być świetną okazją, jest czystej wody wpuszczeniem nas w kanał. Przeczytajcie mój wcześniejszy artykuł o podróbkach kamieni: MANMADE STONES czyli czego to Chińczyk nie wymyśli. Podałam tam kilka [kilka z niezliczonej i, nawet dla najbardziej zainteresowanych tematem, nieogarnionej listy] bubli, które, nazywając rzecz po imieniu, są kłamliwie opisywane i wciskane nam zamiast kamieni naturalnych. Nie ma w ich sprzedaży nic złego, pod warunkiem, że i sprzedawca i sprzedające swe wyroby biżuteryjka bez zadęcia napiszą szczerze „syntetyczna imitacja turkusu”, a nie „turkus”. A teraz proponuję Wam podobną, co przy chryzokoli, zabawę: wejdźcie na Allegro i wpiszcie „turkus”. Wybierając kategorię z półfabrykatami można znaleźć przecudownej urody kwiatki. Jeden sprzedawca oferuje naturalne stabilizowane turkusy [bez zaznaczenia, że są stabilizowane], jeden inny napisał słowo tabu w naszym środowisku: „rekonstruowany” [co i tak jest nadużyciem, bo nazwanie plastikowego gniotka „turkusem rekonstruowanym” nie jest zbyt szczerym podejściem do tematu. To nie jest turkus, to nie jest kamień, to jest syntetyczna imitacja i już. Ale kierunek lepszy, niż uporczywe chrzczenie turkusem wszystkiego co się nawinie. Nawet, jak zauważycie same, nie musi być owo coś niebieskie…]. Co do reszty, to muszę powstrzymać się od komentarza w trosce o poziom tekstu. Nie na moje nerwy jest przejrzenie całej kategorii i nikogo do tego nie namawiam. Chcę uczulić. Nie, nie dostanie się turkusowej pastylki 20mm za 1,39zł. Ani na Allegro, ani na Ebay’u. No nie i już. Jako że sama robię biżuterię, to doskonale rozumiem chęć cięcia kosztów i chwytania okazji. Ale okazje trafiają się bardzo, bardzo rzadko. Lepiej założyć, że ich po prostu nie ma.

Druga sprawa – zdjęcie. Kojarzycie na pewno z zakupów w sieci [nie tylko tych biżuteryjkowych], sytuację, kiedy coś wyjątkowo się nam spodoba, więc kupujemy, płacimy, dostajemy paczkę i… klops. Gra światła, odblask od kolorowej koszulki fotografującego, przypadkowe ułożenie czy inny czynnik sprawił, że na zdjęciu interesująca nas rzecz miała „to coś”. Czego kompletnie nie ma, kiedy już ją obejrzymy na żywo. Jadeit jest bury zamiast oliwkowozielony, kwarc wcale nie błyszczy jak powinien [stanik nie ma gradientowo stopniowanych kolorów haftów, ach, do tej pory nie mogę mu tego wybaczyć, buuu…]. Każda z nas to przeżyła. Niestety sprowadza się to do dwóch rzeczy. Pierwsza: lepiej obejrzeć więcej zdjęć, a jeśli nie ma, należy zachować umiar i nie popadać w dziki entuzjazm, jeśli coś wygląda dobrze na jednym jedynym zdjęciu i jest podejrzanie tanie. Druga: no właśnie, jeśli coś jest podejrzanie tanie, to będzie na 99,999% podejrzanej jakości. Że tak przytoczę genialną odpowiedź mojego znajomego, który pracował dawno temu w sklepie komputerowym [często, z resztą, miewał genialne myśli].  Na prośbę klienta o głośniki dobre i tanie: „To zapakować dwa zestawy?”. Mało nie zadławiłam się kawą na zapleczu. Jakiś czas później wydałam na swoje głośniki ciężką kasę, ale służą mi świetnie do dziś. Więc jeśli chcecie, żeby ametyst był w głębokim, pięknym kolorze, nie miał wżer i nierówności, to niestety trzeba za niego trochę zapłacić. Jeśli oczekujecie kamieni o ładnym fasetowaniu, to trzeba za to zapłacić. Jeśli chcecie mieć pewność, że kupujecie prawdziwy onyks albo kwarc, to… zgadnijcie co? :) Niestety, za minerały dobrej jakości zawsze trzeba zapłacić. Nie mówię, że przepłacać, ale po prostu nie dawać się nabrać. Kamienie od wieków są żelazną lokatą – jak metale szlachetne. Nawet te półszlachetne mają swoją cenę. W końcu pomyślcie – coś wytworzyło się, absolutnie unikalnie, we wnętrzu ziemi, wieki temu. Trzeba to wydobyć, oczyścić, przetransportować, oszlifować, wypolerować, nawet głupie nawlekanie na sznury i zawiezienie na targi czy do hurtowni ma swoją cenę. Dlatego kamienie nie są tanie. Są za to jedyne w swoim rodzaju, nawet jeśli szeroko występują w naturze. Nigdy nie znajdziecie dwóch identycznych agatów ani dwóch takich samych kwarców turmalinowych. One są małymi skarbami same w sobie i kiedyś powstawały mając za towarzystwo strumienie stygnącej magmy i ciśnienie większe, niż panuje na dużej głębokości pod wodą. Nie kupimy prawdziwych, dobrej jakości kamieni za grosze, niestety. Wiem, że z ekonomicznego punku widzenia jest to zła wiadomość, ale z drugiej strony dlatego też warto wysoko cenić swoją pracę – także z uwagi na materiały, które zostały wykorzystane do jej stworzenia.

Nie chodzi o to, że odradzam zakupy na serwisach aukcyjnych. Oczywiście, da się tam znaleźć dobrej jakości i dobrze opisane kamienie. Czasem nawet obie te cechy występują jednocześnie. ;) Ale należy mieć bardzo ograniczone zaufanie i dokładnie sprawdzać co i od kogo się kupuje. Nie tylko z resztą tam.

——————————

Magdalena Kobylańska ‘Dark’

Biżuteria, minerały, obrazy i inne różności ;)

http://darksdesigns.wordpress.com